Po intensywnym Hanoi i Ha Long przyszedł czas na zwolnienie.
Tam Coc to miejsce, do którego jedzie się po oddech. Małe miejscowości, pola ryżowe, wapienne góry i rzeka Ngo Dong, która przepływa przez trzy naturalne jaskinie. Nic dziwnego, że Tam Coc nazywane jest „Ha Long Bay na lądzie”.
Do tego najlepsza kaczka po pekińsku całej podróży, masaż, który pamiętam do dziś, i wreszcie trochę pustej przestrzeni w planie. Bo czasem najlepsze, co można zrobić podczas podróży, to po prostu nic nie robić.
Sơn Trạch, obok Hoi An, to z kolei jedno z miejsc, do których najczęściej wracam myślami. Leży przy Parku Narodowym Phong Nha-Kẻ Bàng, nad rzeką Son, po której pływa się łodziami wiosłowanymi… stopami.
Po drodze małpy skaczą po drzewach, kozy spacerują po zboczach, a my jedziemy rowerami przez pola ryżowe. Bez inscenizacji, bez wielkich atrakcji - po prostu natura.
A na koniec dnia? Banh mi, które do dziś uważam za najlepsze z całej podróży.