Analog Stories: Podróż po Wietnamie z Jagodą Kałuzińską
19 Aug, 2026

Analog Stories: Podróż po Wietnamie z Jagodą Kałuzińską

Analog Stories to seria, która zamiast odhaczać kolejne punkty z przewodników, prowadzi do miejsc z charakterem. Takich, które zostają w pamięci nie dlatego, że były najgłośniejsze, ale dlatego, że wywołały konkretne emocje.

Wietnam jest idealny dla tych, którzy nie potrafią usiedzieć w jednym miejscu. W ciągu czternastu dni odwiedziłam siedem zupełnie różnych miejsc - i ani razu nie pomyślałam, że chciałabym zostać gdzieś dłużej. Wręcz przeciwnie: za każdym rogiem czekało coś, co chciałam zobaczyć jeszcze bardziej.

Uwaga - ten wpis będzie długi, choć bardzo starałam się go opisać jak najbardziej konkretnie :)

HANOI

Swoją podróż rozpoczęłam w Hanoi, gdzie po prostu zaczęłam chodzić.

Miałam okazję poznać lokalnego przewodnika, który zabrał mnie prosto w środek miejskiego zgiełku - na miskę tradycyjnego pho, tam, gdzie jedzą ją miejscowi.

Potem kawa. Z jajkiem albo z solą. Brzmi jak eksperyment, dopóki jej nie spróbujesz. U mnie szybko stała się rytuałem na każdy kolejny upalny dzień.

Hanoi to Train Street - miejsce, gdzie linia kolejowa biegnie dosłownie przez środek gęstej zabudowy, a wzdłuż torów działają dziesiątki małych kawiarni i barów. Do tego Stara Dzielnica, małe świątynie mijane po drodze i banh mi zjedzone gdzieś między jednym zaułkiem a drugim.

To miasto najlepiej poznawać bez planu. Im mniej próbujesz je kontrolować, tym więcej ci pokazuje.

Zatoka Ha Long

Są miejsca, które trzeba zobaczyć na własne oczy, bo żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać ich skali. Ha Long jest jednym z nich.

Wyspy wyrastają prosto z wody, między skałami przepływają kajaki, a widok z okna kabiny wygląda jak gotowy kadr z filmu. I choć sam rejs mógłby być już wystarczającą atrakcją, organizatorzy zadbali o to, żebyśmy ani przez chwilę się nie nudzili. Były warsztaty robienia sajgonek, karaoke, a wieczorem łowienie kalmarów.

Jeśli planujecie rejs po Ha Long, mam jedną radę: wybierzcie ten pięciogwiazdkowy. Różnica w komforcie pokoi jest naprawdę ogromna, a cena wcale nie rośnie proporcjonalnie. To jeden z tych momentów w podróży, kiedy niewielka dopłata robi zaskakująco dużą różnicę.

Tam Coc → Son Trach (Phong Nha)

Po intensywnym Hanoi i Ha Long przyszedł czas na zwolnienie.

Tam Coc to miejsce, do którego jedzie się po oddech. Małe miejscowości, pola ryżowe, wapienne góry i rzeka Ngo Dong, która przepływa przez trzy naturalne jaskinie. Nic dziwnego, że Tam Coc nazywane jest „Ha Long Bay na lądzie”.

Do tego najlepsza kaczka po pekińsku całej podróży, masaż, który pamiętam do dziś, i wreszcie trochę pustej przestrzeni w planie. Bo czasem najlepsze, co można zrobić podczas podróży, to po prostu nic nie robić.

Sơn Trạch, obok Hoi An, to z kolei jedno z miejsc, do których najczęściej wracam myślami. Leży przy Parku Narodowym Phong Nha-Kẻ Bàng, nad rzeką Son, po której pływa się łodziami wiosłowanymi… stopami.

Po drodze małpy skaczą po drzewach, kozy spacerują po zboczach, a my jedziemy rowerami przez pola ryżowe. Bez inscenizacji, bez wielkich atrakcji - po prostu natura.

A na koniec dnia? Banh mi, które do dziś uważam za najlepsze z całej podróży.

Hue

Do Hue dotarliśmy autobusem, a miasto od razu zanurzyło nas w świecie dawnych dynastii. Cytadela, Maszt Flagowy, Brama Południowa, Dziewięć Urn Dynastycznych, Dziewięć Świętych Armat, Pałac Thai Hoa i Zakazane Purpurowe Miasto.

To jeden z tych przystanków, w których historię nie tylko się ogląda, ale naprawdę czuje.

A jeśli chcecie spróbować czegoś lokalnego, koniecznie zajrzyjcie na Đông Ba Market. Na stoisku Bún Bò Huế Kim Chau zjedliśmy bún bò Huế - zupę, którą Anthony Bourdain określił mianem najlepszej zupy na świecie

Hoi An

Na Hoi An czekałam chyba najbardziej.

Miasto lampionów. Miasto krawców. Miejsce, w którym wybierasz materiał, siadasz z krawcem i po prostu szyjesz coś dokładnie takiego, o czym marzyłaś.

Nie mogłam sobie tego odmówić. I nie żałuję ani chwili.

Wieczorami puszczaliśmy lampiony na wodzie, w ciągu dnia jeździliśmy rowerami po wioskach rybackich, a jeden wieczór przeznaczyliśmy na pokaz wietnamskiego cyrku bambusowego Teh Dar w Lune Center.

Jeśli będziecie w Hoi An - zobaczcie go koniecznie.

A do tego kawa po wietnamsku. Najlepiej w Caffe in Hoya albo Ancient Coffee House.

Da Nang

Ostatni przystanek miał być już tylko o odpoczynku.

Plaża, trochę słońca i most widokowy na Ba Na Hills.

Tajfun jednak pokrzyżował nam plany, a ucieczka przed deszczem zaprowadziła nas do miejsca, którego prawdopodobnie nie znaleźlibyśmy w żadnym przewodniku - Chickpea Eatery, które okazało się restauracją, która była w czymś salonie.

Da Nang zaskoczył mnie też przyrodą - niezwykle bujną i zieloną, zupełnie inną, niż się spodziewałam.

I jeszcze jedno..

Jeśli macie okazję, spróbujcie choć raz nocnego autobusu.

To nie tylko sposób na przemieszczanie się. To osobne doświadczenie, o którym będziecie opowiadać jeszcze długo po powrocie.